Spróbujmy wmyśleć się w siebie. Wyobraźmy sobie, że każdy z nas (także ja) ma takie małe mieszkanko, w miarę uporządkowane i bezpiecznie. To jest świat, który widzę, w którym jestem obecny. Rzeczy są w nim ponazywane wiem gdzie, co leży, po omacku mogę trafić do każdej szuflady, do każdego człowieka. Ten mój świat ma pewien fundament, pewne podłoże, na którym gromadzę wszystkie moje rzeczy. Jest to oswojony, bezpieczny świat, rodzaj takiego prywatnego raju, do którego każdy z nas tęskni. Wszystko jest tu wiadome i tchnie jakimś sensem.

Meblujemy ten świat przez całe życie. To, czego się nauczyliśmy, nasze doświadczenie, nasza wyobraźnia, pamięć, wszystko ma w tym świecie swoje miejsce, wszystko jest poustawiane. I oto raz na jakiś czas dzieje się rzecz dziwna: zrywa się pod nami podłoga. Może dlatego, że przeładowaliśmy wnętrze i sprzętów jest za dużo, a może sami w jakiś sposób stajemy się osobami ciężkimi ciężarem tych rzeczy, które mamy? Powody bywają różne, ale zawsze kiedy podłoga się zapada, jest to dramat dla człowieka nieprzygotowanego.

Dziura na środku podłogi

Lecimy w dół, a razem z nami (co jest trochę dziwne, ale prawdziwe) lecą wszystkie nasze rzeczy. Spadają równiutko, mniej więcej w tym samym tempie, co my. Wypadłem, spadam, lecę gdzieś głową w dół, a rzeczy, które były tak dokładnie poukładane, posegregowane, spadają ze mną i nie potrafię ich już rozróżnić. Wiem, jaką miały kiedyś nazwę, ale nie wiem, jaką mają dzisiaj. Wiem, że tamten człowiek był kiedyś moim przyjacielem, ale we mnie coś tak się zerwało, jestem w takim stanie, coś tak się we mnie zmieniło, że dookoła tylko pył, proszek i nie wiadomo, co z niego powstanie. Owszem, spotykam znajome osoby, uśmiecham się, prowadzę rozmowy, ale jestem w jakimś innym świecie, spadam i nie umiem im tego opowiedzieć. Wiem również, że nie potrafią mi pomóc.

W tym stanie ogromnej niepewności człowiek wie tylko, że sam ze sobą musi rozegrać tę partię, sam ze sobą musi ustalić sposób wyjścia z sytuacji. Ciągłe przecież tak spadać nie można, bo może się okazać, że na dole się roztrzaskam. Człowiek zawsze poszukuje stabilizacji, chciałby wiedzieć gdzie góra, a gdzie dół, a tymczasem wiruje jak spadający liść. Próbuje różnych sztuczek, próbuje chwycić różne sprzęty, które dawniej tchnęły jakimś szczególnym bezpieczeństwem i były punktami orientacyjnymi.

Wielu ludzi w takiej sytuacji chwyta za pieniądze, uważa, że tylko one istnieją i na nich usiłuje się oprzeć. Pieniądze nie stanowią oczywiście trwałego fundamentu, ale ludzie często robią sobie z nich sztuczną podłogę, bo wydaje się im, że w ten sposób przetrwają. Czasem oparciem chce się uczynić jakąś osobę i wtedy dochodzi do jej zniewolenia: „Ty jesteś gwarancją mojego świata”. Rozpaczliwe są takie listy, wiersze, takie wyznania wielkiej miłości i jednocześnie wielkiego zniewolenia. Bywa że człowiek robi jeszcze coś innego. Ponieważ wszystko miał wykute na pamięć, tak że po omacku rozpoznawał świat, stara się powrócić w to miejsce, gdzie podłoga się zapadła i próbuje umeblować wszystko po dawnemu. Będzie trochę ciasno, bo na środku jest dziura tchnąca przepaścią, wręcz wyzywająca, ale człowiek będzie chodził udając, że tego nie ma.

Małżeństwo, jeżeli zdarzy mu się kryzys i nie potrafi go rozwiązać, często żyje tak, jakby tego kryzysu nie było. Są kłopoty z dzieckiem? – należy tak żyć, jakby ich nie było. Pokusa powrotu do dawnej sytuacji jest w nas bardzo silna. „Kiedyś to było dobrze, pamiętasz? Pamiętam”. W takim razie zawieramy cichą umowę i gramy ten dawny teatr, a właściwie gramy wciąż pierwszą scenę, bo nam dobrze wychodziła.

Kiedy człowiek spada, bardzo intensywnie szuka czegoś trwałego, czegoś co jest constans. Nie powiem, że szuka w sposób rozpaczliwy, bo jeżeli szuka, to przeczuwa, że jednak jest coś trwałego: „Coś trwałego przecież musi być, bo inaczej żyć się nie da. Jeśli życie ma sens to znaczy, że uda mi się w tym spadaniu jakoś zorientować”. Ale kiedy spadanie trwa dłużej, kiedy szybkość wzrasta, wtedy to pytanie: „Co się ze mną stanie?”, jest coraz bardziej natarczywe. Jak ja będę teraz żył, jaka jest moja przyszłość, gdzie to wszystko zdąża? Wszystko to, co dookoła, a więc przyroda, woda, słońce, nie robi już na mnie wrażenia, dawniej robiło, dziś jest mi to prawie obojętne, stało się nieważne. Bo rozgrywa się coś ważniejszego.

Pozwól mi pogrzebać rodziców

Przypuszczam, że jest wiele odpowiedzi na pytanie, jak wyjść z takiej sytuacji. Każdy sam ze sobą musi się borykać. Ale jest też taka jedna podpowiedź, propozycja. Otóż, jeżeli spadam i to spadam coraz szybciej, to istnieje coś takiego jak przyspieszenie. Przyspieszam –  jest zatem jakiś kierunek, w którym lecę, skądś jestem przyciągany. Kamień, który spada, jest przyciągany przez ziemię, a ja? To ta grawitacja, to ciążenie, które wywiera na mnie tak wielki wpływ, osłabiło moją podłogę i wyrwało mnie z bezpiecznego miejsca. Za długo tkwiłem w tym stabilnym miejscu, za długo siedziałem u siebie. A może ze mną dzieje się to, co z Abrahamem: „Zostaw swój dom rodzinny, to miejsce, z którego pochodzisz, które znasz i ruszaj w drogę?”.

Podobnie było przecież z Apostołami:
– Pójdź za mną.
– Panie, pozwól mi pogrzebać rodziców…Panie, dokończmy jeszcze ten połów…
– Zostaw.
– Pójdę pożegnać się z moimi…
– Daj spokój, chodź.

To wyrwanie jest zawsze nie w porę, zawsze w momencie, który najmniej nam pasuje. Ono dokonuje się przez najsłabszy element naszej konstrukcji, gdzieś tam, gdzie czujemy, że jesteśmy słabi. Spotkałem człowieka, który opisywał swoje przejście na nowy etap w życiu i mówił jak bardzo mu było trudno, jak Bóg się przed nim ukrywał, był tak daleki, że aż nieoczywisty, tak daleki, że ten człowiek praktycznie prawie nie wiedział o Jego istnieniu. To była niemal walka o życie. Ktoś inny mówił o wielkim odkryciu dobra, którego doświadczył, kiedy tak spadał głową w dół. Czasem ktoś mówi górnolotnie o swoim odkryciu Boga w takim momencie, ale On raczej w tym momencie się ukrywa. On jest raczej tym, co mnie przyciąga, tym, Który przychodzi i jednym ruchem burzy wszystko, co sobie zbudowałem.

Zaufać przyspieszeniu

Nadchodzi nowy etap w moim spadaniu. Jeżeli już ustaliłem, złapałem ten stały punkt, to przyspieszenie, wtedy rodzi się coś, co będzie mi teraz bardzo potrzebne – zaufanie. Zaufanie, że się nie roztrzaskam. Muszę zaufać na ślepo, jak Abraham: „Zostaw wszystko i idź”. Zaufanie jest konieczne, nie wystarczy teoretycznie odkryć, że coś jest sensowne. Trzeba jeszcze bardzo praktycznie zaufać. Trzeba zaufać samemu Bogu. Zaufać w oparciu o coś, co mi dzisiaj pozwoli żyć, w oparciu o ten jeden maleńki stały punkt, który złapiemy.

W takich sytuacjach nie szukajmy wśród wielkich, „ostentacyjnych”, „wyczynowych” spraw, szukajmy wśród drobiazgów. Chodzi o taki drobiazg, który w poprzednim mieszkaniu leżał gdzieś zupełnie na boku, a teraz spada razem z nami, wiem, że gdzieś tu jest, trzeba go tylko poszukać. Ten drobiazg ratuje mi teraz życie. Zaczyna się uspokojenie, ukojenie. Wiem już gdzie góra a gdzie dół, wiem, w jaki sposób się orientować, rozumiem, że ktoś mnie woła, ktoś mnie przyciąga nieomal fizycznie.

Zaczyna się proces budowania nowego mieszkania. W stosunku do poprzedniego jest ono wzbogacone o coś nowego, o jakiś nowy napęd. Mówimy o nowym etapie działania łaski. To jest tak, jakby dodano człowiekowi jeszcze jednego konia pociągowego albo jakieś nowe światło, które oświetla wszystko, co stare. Nic nie straciliśmy, kiedy ten cały nasz magazyn spadał razem z nami. On się oczyszczał w tym czasie, dzięki temu jesteśmy teraz w stanie zacząć wszystko od nowa. Pojawia się nowa podłoga, nowe sprzęty, jesteśmy bogatsi, mamy większą przestrzeń. Na nowo się meblujemy, układamy, nazywamy rzeczy po imieniu, mądrzejemy.

Takie doświadczenia powtarzają się co jakiś czas w człowieku. Psychologowie mówią o dezintegracji pozytywnej i  negatywnej, ale to nie jest wystarczający opis. Opis psychologów jest bardzo wnikliwy, należy go szanować, ale nie do końca jest tak, jak oni mówią. W takich sytuacjach koniecznie trzeba mówić o Bogu. Proces spadania w nieznane, burzenia, rozpoznania sytuacji, wyznania wiary i budowania od nowa domaga się mówienia o Bogu, bo to On nas przyciąga.

Mądrość nazywa rzeczy po imieniu

Meblowanie nowego świata dokonuje się już na jakiejś szerszej płaszczyźnie. Człowiek ma więcej miejsca, bo z ciasnego mieszkania przeszedł do czegoś większego. Czy nie przypomina wam to narodzin? Człowiek, który zaczyna żyć prawdziwie, nie chce być „przenoszonym dzieckiem”, nie chce do końca życia udawać, że mu dobrze, nie chce infantylnieć, nie chce karleć w ciasnym wnętrzu. Chce wzrastać, a więc musi co jakiś czas zmienić mieszkanie – to jest właśnie proces stałego rodzenia się.

Cudowne jest to, że każde następne narodziny są bardziej świadome, bardziej oczekiwane, mimo że mogą w efekcie przynieść bardzo dramatyczne i gwałtowne przeżycia. Na czym polega meblowanie nowego świata? Na nazywaniu rzeczy po imieniu. Taka jest rola ludzi mądrych, że nazywają rzeczy po imieniu. Taka była funkcja Adama w raju, że nadawał imiona. To jest godność człowieka pochodząca od samego Boga. Muszę mieć coś z Boga, skoro umiem rzecz rozpoznać, nadać jej imię, odkryć jej istotę, przeznaczenie, a przede wszystkim odkryć jej sens. Prawdziwa mądrość nie polega na nadawaniu sensu rzeczom, ale na odkrywaniu tego sensu.

Skąd we mnie ta myśl, że spadający człowiek musi w pierwszym rzędzie szukać czegoś, co jest constans i że to się wiąże z Bogiem? Częściowo to, co mówię, pochodzi z Pisma Świętego, a częściowo z życiowej praktyki, z przeżyć moich własnych i z przeżyć osób, z którymi rozmawiam. Tak się składa, że często rozmawiam z osobami, które są w trakcie spadania.

Kiedy sam spadam, szukam tych, którzy już spadli przede mną i ustabilizowali się na jakimś głębszym poziomie. Oni mogą mnie poprowadzić, podtrzymać, pokazać. Człowiek mądrzejszy może, w moim chaotycznym świecie, wskazać mi rzecz, której nie widzę, a na której mogę się oprzeć. Więc trzeba się modlić o takiego człowieka, o takiego ojca duchowego. Ojciec duchowy to ktoś, kto mnie stworzył, kiedy nie istniałem, byłem rozpylony, nic dla mnie nie istniało i ja dla nikogo nie istniałem. Wtedy on mi pomógł, stworzył mnie.

Narodziny

W momencie, kiedy zarywa się pod nami podłoga, człowiek wychodzi z tego ciasnego miejsca, w którym dojrzewał, i jak dojrzały owoc wypada na świat. Rodzi się. A świat, na który przychodzi, jest tak szeroki i przestronny, że aż dech zapiera. Jest również niebezpieczny. Perspektywy są wprawdzie ogromne, ale jak ja się w nich odnajdę? Co zrobię? Trzeba wtedy mieć odwagę.

Wiara jest zawsze pójściem głową wprzód, skokiem z mostu do rzeki. Można stać na balustradzie, dyskutować, można nawet pracę doktorską napisać o skakaniu, ale wszystko to nic w stosunku do jednego skoku i każdy to wie.

Kiedy człowiek już się narodził i po raz pierwszy patrzy zdziwionymi oczami na świat, na siebie, na ten chaos, na to całe nieuporządkowanie w nim samym, marzy mu się jakieś scalenie. I są takie słowa samego Pana Boga, słowa dziwne, potwierdzane przez Niego bardzo dziwnymi czynami: „Do Mnie należy wszystko, co pierworodne”.

Jeżeli wiele razy przechodzimy przez te etapy, wiele razy się rodzimy, to pamiętajmy, że ten pierwszy moment po urodzeniu (to, co pierworodne), należy do Ojca. Kiedy spadamy, a pod nami tylko przepaść, pamiętajmy, że to Ojciec nas przyjmie. Ta myśl powinna być stale we mnie obecna. Obyśmy tylko chcieli być przez Niego przyjęci, obyśmy chcieli słuchać Jego wskazówek.

To są trudne narodziny, one się dokonują niejako „na żywo”, dlatego wszystko nas wtedy boli. Kiedyś wszystko okrzepnie, scali się, wzmocni i nabierze ciała, ale w momencie narodzin jesteśmy naprawdę biedni. Wszystko, co pierworodne, do Mnie należy – jeżeli rodzisz się na nowo, to w jakimś sensie jesteś na świecie po raz pierwszy. Jesteś dzieckiem Bożym, On cię pociąga, wyrywa z poprzedniego mieszkania, daje wzrost, On daje ci ten nowy etap działania łaski. Ten etap może być sprowokowany albo podtrzymywany przez modlitwę wstawienniczą.

Łaskę otrzymujemy w sakramentach, ale etapy działania łaski często zawdzięczamy sobie nawzajem. Dzięki modlitwie za siebie nawzajem przejście przez te trudne momenty, przez te wodospady, kaskady, gdzie się leci głową w dół, jest łatwiejsze. Dobrze jest w takich chwilach zachować spokój, nie rozpaczać, nie tracić wiary, spokojnie szukać, nieomal czekać i być gotowym na przyjęcie daru Bożej stabilizacji, daru pewności.

Pamiętajmy, że wszystko należy do Ojca. Opuść swoje miejsce, wyjdź z tego Ur chaldejskiego, które już za dobrze znasz i idź w nieznane, wyznaj wiarę. Cały ten proces łączy w sobie pozorne sprzeczności: bycie dorosłym i jednocześnie bycie dzieckiem, aktywność i pasywność, całkowite zaufanie Bogu i jednocześnie własne starania, własne przedsięwzięcia.

Każdy z nas jest pierworodny

Na koniec opowiem o ostatnim momencie tego rodzenia. Przychodzimy na świat i wygląda to dość gładko – zarówno ludzkość jako całość, jak i każdy z nas pojedynczo. Mamy swoje drogi, przechodzimy etapy, rozwijamy się. Ale jest pewien moment w tym rozwoju, o którym trzeba jeszcze wspomnieć. Ten moment to śmierć. Jest to chwila, w której przyspieszenie duchowe jest największe, tak duże, że nasze ciało nie może już tego wytrzymać, nie może nam już towarzyszyć. Nasze ciało towarzyszy nam przez całe życie, wszystko przeżywamy razem z nim: rumienimy się albo bledniemy, serce nam bije albo się zatrzymuje, duszę mamy na ramieniu albo w piętach. Wszystko przeżywamy razem z tym ciałem – i bardzo dobrze, bo to jest właśnie nasz świat.

Ale w pewnym momencie nasze ciało już nie nadąża. Pan Bóg powołuje nas tak mocno, że zabiera duszę do Siebie. Ciało pójdzie w drugiej kolejności, będzie jakby „zassane” do tej duszy, ale musi ulec przemienieniu, przebóstwieniu. Będzie kiedyś inne, jakby świetliste, nie będzie cierpiało, nie będzie miało ułomności, nie będzie przeżywało słabości.

Nie będzie płaczu, bólu, łez, bo pierwsze rzeczy minęły. A na razie, póki te pierwsze rzeczy dopiero mijają, otrzymaliśmy pierwociny Ducha, abyśmy stali się dziećmi Bożymi. Każdy z nas jest w jakimś sensie pierworodny, a to, co pierworodne, do Boga należy.

 

Rafał Skibiński
Dominikanin, duszpasterz dominikańskiej „Beczki” w latach 1984-1987. Fragment konferencji pt. „Bóg Ojciec” wygłoszonej dla wspólnoty ‚Nowe Życie” podczas rekolekcji w Białce Tatrzańskiej w lipcu 1987 r.

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST, SKRĘPOWANI DZIECIŃSTWEM O DOROSŁYCH DZIECIACH ALKOHOLIKÓW, NUMER SPECJALNY 2011
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTUhttp://sklep.e-medialist.pl/